Informacja o planowanym festiwalu tanga argentyńskiego na Krymie
od razu przykuła naszą uwagę. Od dłuższego czasu mieliśmy ochotę
zapuścić się turystycznie w tamte rejony. Kusiły mickiewiczowskie
Sonety Krymskie, przebogata historia, morze, góry, ślady Azji
Tuchajbejowicza.... Dodatkowy argument w postaci tanga przekonał
nas. No i pojechaliśmy....A podróż nie była krótka. Planowaliśmy
dotrzeć z Wrocławia do Koktobela na Krymie w 2 doby, a zajęło
nam to 4. Chcieliśmy pojechać nocą do Przemyśla, stamtąd do
Lwowa. W dzień zwiedzać, zanocować i następna dobę spędzić w
pociągu do Symferopola. Niestety - bilety na trasie Lwów - Symferopol
wykupione były na nie wiadomo jak długo naprzód, więc po 2 dniach
i 1 nocy spędzonych we Lwowie pojechaliśmy nocą do Odessy. W
dzień zwiedzaliśmy a kolejna noc to podróż do Symferopola. Stamtąd
do Koktebela już tylko 3 godziny marszrutką (miejscowy bus).
Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło! Piękno Lwowa
oraz Odessy wynagrodziło nam niedogodności. Całe szczęście,
wyruszyliśmy odpowiednio wcześniej.
Do Koktobela - małego nadmorskiego kurortu we wschodniej części
Krymu - zjechało się z Ukrainy, Rosji, Austrii, Niemiec, Francji,
Anglii, Turcji i oczywiście z Polski, ponad 200 osób pragnących
tańczyć tango. Większość przyjechała z Ukrainy i Rosji, z Polski
było nas pięcioro. Oprócz nas - Kasi i Irka - byli: Dorota i
Tomek z Warszawy oraz Michał z Krakowa (a tak naprawdę to aktualnie
z Kijowa).
W ciągu dnia odbywało się zwykle 4 lub 5 lekcji, a wieczorem,
od godziny 20 do ostatniego tanguero (czasem nawet do szóstej
rano), trwała milonga.
Lekcje prowadzili m.in. Rodrigo Rufino i Gisela Passi z (Buenos
Aires, Paryż), Aleksander i Natalia Berezhnovy (St. Petersburg),
Jorge Pichler (Wiedeń), Olga Leonowa i Slava Ivanov (Moskwa),
Aisha i Viktor (Buenos Aires). Ze względu na dużą liczbę słuchaczy
( czasem nawet 50 osób), lekcje miały charakter bardziej prezentacji
niż warsztatów. Zaletą ich była stosunkowo niska cena (ok. 13
zł). Dla nie znających aktualnie używanego na lekcji języka
zawsze znalazł się ktoś, kto tłumaczył.
Najwięcej nam dały zajęcia z Rodrigo Rufino i Giselą Passi.
Fantastycznie tańczą, doskonale czują muzykę, lekcje mają przemyślane,
a przy tym są naturalni, sympatyczni i dowcipni. Tu mnogość
języków na lekcji zaspokoiłaby wymagania wyrafinowanego poligloty
- i francuski, i hiszpański, i angielski, i rosyjski. Oraz zabawne
komentarze we wszystkich językach narodowych uczestników.
Ciekawe były również zajęcia z Aleksandrem i Natalią Berezhnov,
zawodowymi tancerzami baletowymi z St. Petersburga, specjalizującymi
się w pokazach i występach na scenie . Dzielili się swoimi doświadczeniami,
opowiadali i demonstrowali jak sprawić, aby nasz taniec był
bardziej atrakcyjny dla obserwatora, jak przyciągnąć uwagę i
zaskarbić sympatię widza. Mimo mikrego wzrostu, dzięki niesamowitej
dynamice i zamaszystym krokom, potrafili wypełnić sobą i tańcem
dowolnie dużą przestrzeń. Walce z Aleksandrem na milondze to
jedne z przyjemniejszych Kasi tanecznych wspomnień.
Ponieważ pragnęliśmy jak najwięcej zobaczyć z atrakcji Krymu,
uczestniczyliśmy w niewielu lekcjach. Zobaczyliśmy za to sporo:
urocze okolice Koktobela - okoliczne wzgórza, urwiska nadmorskie,
pozostałości po dawnych genueńskich twierdzach w Teodozji i
Sudaku, galerię Ajwazowskiego w Teodozji, pałac chanów krymskich
w Bakczysaraju, skalne miasto - twierdzę Czufut Kale (w "Panu
Wołodyjowskim" Jerzego Hoffmana jest sekwencja, gdy młody
Nowowiejski oczekuje na Lipków dowodzonych przez Azję - kręcona
w Czufut-Kale) i wiele, wiele innych.
Pogoda była... różna. Gdy opuszczaliśmy Wrocław przypiekało
słońce i było ok. 27 stopni. We Lwowie 22-25. Odessa - 14-16.
A Krym? No cóż. 8-12 stopni. Kiedy świeciło słońce, w zacisznym
kąciku można się było wygrzewać. Ale gdzie znaleźć zaciszny
kącik, kiedy wieje 7 do 9 B? Po kilku dniach słonecznych i bardzo
wietrznych jęło się chmurzyć, wiatr osłabł, ale zaczęło padać.
Z przerwami wprawdzie, ale jednak. Góry skryły się za zasłoną
sinych mgieł, ulice przemieniły w potoki a chodniki pokryły
błotem. Zaś lekcje znowu miały większą ilość uczestników.
Co do pływania z delfinami. Hm... raczej nie w maju. Delfiny
naprawdę tam są. Widzieliśmy ze statku parę sztuk - podpłynęły
do burty i skakały radośnie. Mimo zachęt kapitana nikt z uczestników
rejsu nie zdecydował się na zanurzenie w granatowej toni (temperatura
wody 12 st., powietrza 10). Może nie rozumieli po rosyjsku?
Na plaży zdarzało nam się widzieć takich, którzy wchodzili
do morza. Był to jednak ten typ ludzi, którym jest wszystko
jedno, czy wokół pływają delfiny, czy pingwiny, foki i kra.
Milongi to, obok zwiedzania, najatrakcyjniejsza część wyjazdu.
Miejsce, w których się odbywały, nawiązywało do niektórych tego
typu obiektów z Buenos Aires: budowla w stylu socjalistycznym
z takowym wystrojem i betonowo-kamienną posadzką. Muzyka z przenośnego
odtwarzacza CD, chwilami muzyka na żywo (nie mogliśmy się doczekać
kiedy znowu będzie z odtwarzacza ;)). Nie było tam w zwyczaju
puszczanie cortin. Ale nie to ważne, najważniejsi są ludzie.
A zeszło się ich sporo. Najrozmaitszych. Niczym kwiatów na wielobarwnej
narodowościowo łące :-) Na parkiecie chwilami był taki tłok,
że z trudnością przychodziło posuwanie się do przodu. Niestety
nie wszyscy (a raczej mało kto) dostosowywali styl tańca do
warunków. Początkowo odnosiliśmy wrażenie, że niektórzy tańczą
po to, aby "szybciej, wyżej, dalej"... Tendencja ta
zanikała stopniowo. U niektórych zaś skłonność do zamaszystych
ganch, wyrzutów i podskoków (na gęsto zaludnionym parkiecie)
okazała się nieuleczalna. Pierwsze trzy milongi charakteryzowały
się naprawdę sporą przewaga pań, na kolejne przychodziło ich
już mniej. Z pewnością jednak każdy mógł znaleźć interesujących
partnerów bądź partnerki. Ślicznych, miłych i wysokich (to dla
Irka) pań było mnóstwo. Trudno było, ze względu na brak czasu,
choć raz z każdą zatańczyć. Szkoda (Kasi), że zabójczo przystojny
Rodrigo przyjechał dopiero pod koniec festiwalu. Chłopcy z Lwowa,
Kijowa i Moskwy zaprezentowali się obiecująco.
Impreza z założenia była przedsięwzięciem non profit, coś w
rodzaju pospolitego ruszenia miłośników tanga. Miało to swoje
dobre strony- niskie ceny, spontanicznie organizowane salsoteki,
otwartość na rozmaite propozycje; ale i uciążliwe - niezapowiedziane
przesunięcia czasowe, zamykanie baru o godz. 23. Ogólnie było
jednak nieźle dzięki zaangażowaniu sporego grona przemiłych
organizatorów.
Mieszkańcy Koktebela zdali się być zaskoczeni najazdem turystów.
W pośpiechu szykowali i otwierali knajpki - w pierwszych dniach
czynne były chyba cztery, później ze 20. Pojawiały się coraz
to nowe stragany z pamiątkami, słodyczami i wędzonymi czy suszonymi
rybami.
Dzięki Bogu i władzy radzieckiej uczyliśmy się w szkole języka
rosyjskiego. Starczyło dawną wiedzę odkurzyć by bez problemu
poruszać się po nieoznakowanej okolicy, zamawiać jedzenie, robić
zakupy, odnajdywać rozkłady jazdy czy dogadywać się z ludźmi.
Ba, można było na szczycie góry, przy butelce białego Portwajna,
omawiać z przypadkowo spotkanym mieszkańcem Moskwy hity kinematografii
polskiej i rosyjskiej (Czetyrie tankisty i sobaka, kpt. Kloss,
Styrlitz, ) śpiewać wspólnie piosenki Rosenbauma, tłumaczyć
o czym są sonety Mickiewicza czy wznosić i rozumieć toasty.
Szczególnie smakował nam toast wzniesiony przez naszego towarzysza
biesiady : ..." za Polskę od morza do morza!"...Ot,
człek obyty....
Za to ci, którym mowa Puszkina słodką a niezrozumiałą melodią
brzmi w uchu - zagubieni, jak dzieci we mgle. Ni kwatery znaleźć,
ni kartę w restauracji przeczytać. Niemcy czy Francuzi bez znającej
języki opiekunki byli po prostu bezradni.
Atrakcje Krymu, pyszne miejscowe wina, przecudne widoki, mili
ludzie...wszystko to jednak owiane jest bardziej bądź mniej
dyskretnym "urokiem" postsocjalistycznej rzeczywistości.
Ktoś, kto ma uraz z naszej przeszłości, powinien odczekać jeszcze
co najmniej 15 lat zanim tam się wybierze. Komu zaś łezka się
kręci w oku na wspomnienie owych czasów - powinien się spieszyć.
Połączenie atrakcyjności turystycznej regionu oraz tanga warte
jest, by choć raz tam pojechać.
A potem ucieszyć się powrotem do domu.
Kasia i Irek
P.S. Zdjęcia z festiwalu są na stronie http://www.milonga.kiev.ua/phpBB2/album_cat.php?cat_id=40